To był żart?

October 10th, 2001

Do nietypowego wypadku doszło w Białogórzu, gdzie mężczyzna o nieustalonych personaliach podszedł do stojącego na parkingu tira iveco i z całej siły uderzył w uchylone drzwi auta. Zrobił to tak niefortunnie, że złamał rękę siedzącemu w szoferce 47-letniemu Ryszardowi P. Policja szuka sprawcy.

Autor artykułu: PePe

Karpie świętują

October 10th, 2001

- Uff, udało się – westchnął Tadeusz Hryciuk po opuszczeniu 450 kilogramowej sztangi. Właśnie ustanowił nowy rekord Guinnessa. No dobrze, ale co mają z tym wspólnego karpie?

- Sławne na całą Europę milickie karpie były gospodarzami weekendowej imprezy – tłumaczy Tomasz Wojciech ze starostwa powiatowego, który współorganizował tegoroczne Święto Karpia w Miliczu. – Chociaż jak na gospodarzy, miały mało do powiedzenia. Najczęściej lądowały w żołądkach 4 tys. świętujących.
W ciągu dwóch dni trwania imprezy atrakcją były nie tylko ceny ryb, liczne konkursy i występy artystyczne. – Jesteśmy dumni z naszego siłacza Tadeusza Hryciuka – mówi Wojciech – został kolejnym Polakiem, który trafił do Księgi Guinnessa. – Musiał jeść dużo karpi z naszych stawów – śmieje się jeden z imprezowiczów.

Autor artykułu: (MR)

W świetle księżyca

October 10th, 2001

Nikt tak smutno nie śpiewa o miłości jak oni. Przynajmniej w Polsce. Skąd bierze się ten smutek? Trudno powiedzieć, może z połączenia ciężkiej muzyki z przygnębiającym, pięknym, prawie anielskim śpiewem? No i nie da się ukryć, teksty nie są optymistyczne. Tak, to zespół Moonlight. Ale to tylko jedna strona medalu: gwiazdy też muszą z czegoś żyć. Czy fan zespołu uwierzy, że w Tesco, na stoisku z telewizorami może usłyszeć głos TEJ, której piosenki doprowadzają go do łez?

Pamiętam koncert w Grodźcu. Stare mury średniowiecznego zamczyska wypełnia tłum fanów posępnego rocka. Tego wieczora zagrało już wiele zespołów. Teraz wszyscy czekamy na gwiazdę: Moonlight. Czemu to akurat ten zespół ma grać na tak zaszczytnym miejscu? Zastanawiamy się, przecież nie nagrali jeszcze nawet płyty? Gdy wyszli na scenę, wszystko się wyjaśniło. Ich występ, zapewniam – bo sam widziałem, oczarował publiczność. Było bardzo żywiołowo, ale żywiołowo gra wiele zespołów. W ich muzyce było za to coś jeszcze, coś co łapało za serce. Jakiś smutek, nie taki wymuszony jaki słyszymy w radiu, taki prawdziwy. A może tylko mi się wydawało? Może miałem gorszy dzień? Może zauroczyła mnie wokalistka zespołu, Maja Konarska, w której (pamiętam to do dziś) prawie się zakochałem? Fakt jest faktem, trudno połączyć sceniczną żywiołowość z kobiecością. A Majka? Po prostu czarowała.
Cicha gwiazda
Teraz, po kilku latach umówiłem się z Majką we wrocławskiej kawiarence. Moonlight jest już (chyba można tak powiedzieć) gwiazdą. Na swoim koncie mają już 4 długo grające płyty, setki koncertów. Przed chwilą widziałem jak w Empiku kilkudziesięcioosobowy tłum ustawił się w kolejce po autografy Majki. Rozdawała je przez 45 minut, co i tak jest przeciętnym wynikiem, bo w Katowicach, jak mówi, kolejka była na dwie godziny.
Mimo tych dziesiątków autografów, i nie ma co ukrywać sławy, z Majką (o dziwo i bardzo dobrze) nie rozmawia się jak z gwiazdą. Wręcz przeciwnie, przez całą rozmowę nie mogłem nadziwić się, że na scenie widziałem właśnie tę dziewczynę, która siedzi naprzeciw mnie. Dlaczego? Bo Majka jest osobą bardzo skromną i cichą.

Banda frustratów
Tytuł „YAISHI”. Na okładce wykrzywione, przepełnione cierpieniem twarze, tajemniczych sylwetek spowitych mgłą. Co znaczy w ogóle tytuł Yaishi? Jeśli ktoś myśli, że to po japońsku, jest w błędzie. Wystarczy się wczytać, uważny czytelnik zauważy, że to połączenie dwóch słów – polskiego: „ja” i angielskiego: „she”, czyli ja i ona. „Początkowo tytuł nic nie miał znaczyć” – opowiada historię Maja. „Miał być po prostu dziwny, jak tytuły wszystkich naszych płyt. Ale jako że wszystkie nasze teksty są o miłości, więc…” Pierwszy z brzegu tekst: „Miłości zdrada siostrą jest, Przyjaźń nie mieszka w nas. Zmysły kłamcą doskonałym. Oszukują nas.” Na pierwszy rzut oka to, nie ma co ukrywać, słowa kogoś, kto nie do końca jest szczęśliwy w związku z drugą osobą. W dodatku jeśli usłyszy się, jak to jest zaśpiewane, krótko: nie napawa to optymizmem. Czy wobec tego Moonlight to banda frustratów? „Nie” – śmieje się Majka. – „Ja opisałam dwie historie, które kiedyś, kiedyś mi się przydarzyły. A było to na tyle dawno, że spokojnie mogłam je umieścić na płycie. Resztę zaś tekstów napisał Daniel, nasz klawiszowiec. On rzeczywiście opisuje to, co przydarza mu się na bieżąco. Czy wynika z nich frustracja? No, nie wiem.”
Pozytywna adrenalina
W końcu zdobyłem się na odwagę i zapytałem: czy ja naprawdę rozmawiam z osobą, którą widziałem na scenie? Przecież tam widziałem bardzo żywiołową dziewczynę, teraz rozmawiam z kimś bardzo spokojnym. Skąd ta różnica? „Scena rządzi się swoimi prawami” – tłumaczy mi wokalistka Moonlight. – „Tam rzeczywiście wyglądam na bardzo pewną siebie. No i przede wszystkim tam robię to, co lubię i jak wszyscy mówią, wychodzi mi to. A teraz? Teraz jestem sobą.” Próbuję być dociekliwy. Przecież usłyszałem od Tiny Turner: ona przed każdym koncertem denerwuje się, jakby to był pierwszy jej koncert w życiu. Jak to więc jest, pytam, przed każdym koncertem zarwane noce, trzęsące się nogi, przecież można się wykończyć? „Ale jakie koncerty gra Tina Turner” – pyta mnie Majka. – „Rzeczywiście czuję adrenalinę, ale to taka pozytywna adrenalina, podnosi mnie na duchu, rosnę. Nie boję się ludzi, przecież oni przyszli mnie posłuchać, czemu mam się ich bać?”
Z muzyki żyć się nie da
Każdego roku kilkadziesiąt koncertów. Dziesiątki wywiadów, plakaty w czasopismach. Cztery studyjne płyty, jedna koncertowa. Na festiwalach Moonlight często gra jako gwiazda. Czy muzycy zarabiają wystarczająco dużo, żeby utrzymywać się tylko z grania? Co robi na przykład Majka: „Fakt, zarabiam głosem. Śpiewam w chórkach, czytam bajki dzieciom jako lektor, śpiewam w reklamach.” Gdzie można usłyszeć Majkę? „Teraz w Tesco. Podobno przez cały dzień, non stop leci jakaś reklama karty kredytowej. Wystarczy przejść się na stanowisko z telewizorami. Takich ogólnopolskich reklam jeszcze nie robiłam, na razie tylko regionalne.” Jednym słowem z muzyki wyżyć się nie da, choć może nie do końca, bo: „Każdy z nas robi coś związanego z muzyką” – zapewnia Majka. I tak: Daniel, klawiszowiec ma swoje studio nagrań. Andrzej, gitarzysta pracuje w radiu, gdzie puszcza muzykę. Maciek, perkusista uczy dzieci w szkole muzyki, ponieważ jest magistrem muzyki. Jedyną osobą, która nie pracuje jest basista, ale ten jeszcze studiuje. Co? Informatykę.
Co za rok?
Jakie plany ma Moonlight? Już za niecały miesiąc, dokładnie 5 listopada grupa rusza w trasę koncertową, 12 występów w całej Polsce. Co później? W grudniu zabierają się za pisanie muzyki na następna płytę, która zgodnie z umową z firmą ma ukazać się jesienią przyszłego roku.

Autor artykułu: (MJG)

Różewicz w prezencie

October 10th, 2001

Tomik poezji zatytułowany „Nożyk profesora” Tadeusza Różewicza trafi do 200 szkolnych bibliotek. – Chcemy żeby oprócz hucznych obchodów osiemdziesiątych urodzin poety, pozostał jakiś trwały ślad – powiedział Paweł Romaszkan z biura prasowego urzędu miejskiego.
Wczoraj zarząd miasta podjął decyzję o zakupie kilkudziesięciu tomików Tadeusza Różewicza i przyznaniu, przynajmniej po jednym egzemplarzu, szkolnym bibliotekom w naszym mieście.

Autor artykułu: (AGK)

Bojówka ponad podziałami

October 9th, 2001

(WAŁBRZYCH) Wałbrzyska policja zatrzymała pięciu mężczyzn, którzy w piątek dokonali bandyckiego napadu na siedzibę Solidarności w wałbrzyskim Rynku. Obok syna byłego prezydenta Wałbrzycha z SLD, w skoku na siedzibę związku brał udział członek wałbrzyskiej Akcji Wyborczej Solidarność.

Przypomnijmy. W piątek, około godziny 8.15, czterech mężczyzn w kominiarkach napadło na wałbrzyskie biuro Solidarności. Napastnicy, uzbrojeni w przedmioty przypominające pistolety i kije bejsbolowe, skrępowali i zakneblowali znajdujące się w biurze cztery osoby, po czym ukradli pieniądze, karty płatnicze, wymontowali twarde dyski z komputerów. Uciekający bandyci w pośpiechu zostawili w jednym z pokoi plecak, w którym schowali wcześniej skradzione telefony komórkowe. Policjanci znaleźli w nim również legitymację szkolną jednego z napastników: nieletniego syna byłego prezydenta Wałbrzycha, Lecha B. z SLD. Jeszcze tego samego dnia wszyscy napastnicy zostali zatrzymani, a w sobotę sąd zadecydował o aresztowaniu na 3 miesiące czterech pełnoletnich członków bandy. Nieletni syn byłego prezydenta umieszczony został w policyjnej izbie dziecka. Będzie sądzony przez sąd rodzinny i dla nieletnich.
Napadł swoich
Tymczasem wczoraj dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że jednym z pięciu napastników (czterech wtargnęło do biura, jeden stał na czatach) był członek Akcji Wyborczej Solidarność, prawdopodobnie znajomy pobitego kijem bejsbolowym Dominika Langi, asystenta posła Zbigniewa Senkowskiego.
- Nic na ten temat nie wiem – powiedział nam Dominik Langa. – Nie wiem także, czy piątkowy napad mogę łączyć z majowym napadem na moje mieszkanie, podczas którego również zostałem pobity.
- Nie chcę tego komentować, bo nie mam potwierdzenia tej informacji – stwierdził z kolei Dariusz Kołdon, szef wałbrzyskiej Solidarności, który był jedną z ofiara napadu. – Jednak nawet w najlepszej rodzinie trafia się czarna owca. Bez względu na to jakiej opcji jest bandyta, musi on być surowo ukarany. Dla „swojego” kara powinna być jeszcze bardziej dotkliwa.
To tylko plotki
Tymczasem Marek Bzunek, prokurator rejonowy, zdementował plotkę o tym, że atak na Solidarność miał być zemstą syna byłego prezydenta za chorobę ojca (przypomnijmy, że Lech B. z powodu poważnej choroby musiał zrezygnować z pełnionej funkcji).
- Nieletni w czasie przesłuchania nic takiego nie powiedział – stwierdził Marek Bzunek. – Nieprawdą jest także stwierdzenie, że szesnastolatek sam zgłosił się na policję.
Prokurator nie chciał jednak mówić o motywach napadu.

Autor artykułu: Robert Radczak

Woskowe spotkanie na szczycie

October 9th, 2001

(WROCŁAW) Do wejścia zaprasza Casanova. Chwilę później spotykam Adama i Ewę. Dalej faraon, Mojżesz, Leonardo Da Vinci, papież Jan Paweł II i Madonna. To tylko kilka z kilkudziesięciu petersburskich figur woskowych, które do 25 listopada można oglądać we Wrocławiu.

Państwo Laskowscy byli już w muzeum Madame Tussaud. Widzieli wiele figur woskowych, teraz porównują i oceniają ze znawstwem.
- Ten papież jakiś taki niepodobny – przygląda się zwiedzająca ekspozycję Jadwiga. – Clinton też niezbyt dopracowany – dodaje jej mąż Adam. – I Hitler ma nie taką fryzurę.
Ogólnie są jednak zadowoleni. Większość figur zrobiło na nich duże wrażenie. Nie żałują, że wybrali się na wystawę.

Światowe sławy przyjechały z Muzeum Figur Woskowych „Panopticum” w Petersburgu. Posiada ono liczącą sobie 300 lat kolekcję. Starszą niż londyńskie Madame Tussaud – najbardziej znane i powszechnie, ale błędnie uważane za najwcześniej powstałe tego typu miejsce na świecie.

Jak powstało Panopticum?
Pierwsze figury przywiózł do Rosji Piotr Wielki. Podczas swoich podróży po Europie zetknął się z nowym, woskowym zjawiskiem. W czasie pobytu w Berlinie zobaczył wiernie odtworzoną postać Fryderyka I. Zafascynowany, natychmiast zamówił wykonanie podobizny swojej głowy. Niedługo potem zaprosił do Petersburga samego twórcę Francesco Rastrellego. I tak się zaczęło.

Włos po włosie
Petersburscy rzeźbiarze kultywują sięgającą siedemnastego wieku tradycję ręcznego rzeźbienia wosku. Pozwala to osiągnąć znakomite efekty. Organizatorzy wrocławskiej wystawy twierdzą, że eksponowane figury nie tylko mogą śmiało konkurować z londyńskimi. Nierzadko są lepsze.
- Kiedy do Petersburga przyjechał Arnold Schwarzenegger, odwiedził nasze muzeum – opowiada Olga Rebrova, menedżer wystawy. – Wcześniej widział swoją podobiznę w salonie Madame Tussaud, ale kiedy przez dobre kilkanaście minut przyglądał się naszej wersji, przyznał, że dopiero teraz poczuł się jakby patrzył na lustrzane odbicie.
Nad jedną figurą pracuje sześć do siedmiu osób. Nogi, ręce, głowa – wszystko jest wykonywane osobno. Część ukryta pod ubraniem jest zwykłym manekinem. Sztuczne oczy wyglądają jak prawdziwe – są zamawiane w klinice medycznej, to autentyczne lekarskie protezy. Podobnie jak zęby. Włosy są prawdziwe. Przymocowywuje się je jeden po drugim. Kilka tysięcy. Tak perfekcyjne przygotowanie wymaga ponad pół roku. Jeszcze dłużej, około roku, trwa praca nad takimi figurami jak Adam i Ewa – nagie postacie muszą być całe wykonane z wosku.
Podczas wystawy figury są przechowywane w zwykłym namiocie. – Proszę się nie martwić – tłumaczy Olga Rebrova. – Nasze figury nie są robione ze zwykłego wosku, to specjalna receptura. Materiał jest bardzo odporny, wytrzymuje wahania temperatur od -40 do +40 stopni.

Papież musi być, Lewinsky – niekoniecznie
- Zestaw figur obecnych na wystawie dobieramy według upodobań mieszkańców danego kraju – opowiadają organizatorzy. – Dlatego sprowadziliśmy do Polski specjalnie przygotowaną postać Jana Pawła II, powstałą na podstawie zdjęć z pielgrzymki do kraju.
Zdziwienie zwiedzających wzbudza kobieta siedząca obok Alberta Einsteina. Napis na tabliczce głosi: „Geniuszowi towarzyszy nieznana dziewczynka”. – Tak naprawdę to Monica Lewinsky – uśmiecha się Olga Rebrova. – Przez kilka pierwszych dni wystawy w Warszawie towarzyszyła podobiźnie Billa Clintona. Jednak interweniowało przedstawicielstwo amerykańskie. Musieliśmy rozdzielić figury. I tak z Moniki zrobiła się dziewczynka, która wylądowała przy Einsteinie.

Ręka Wałęsy
Niektórzy zwiedzający, szczególnie dzieci, są pod takim wrażeniem podobizn, że muszą dotknąć figury, żeby uwierzyć, że jest z wosku. Bywa też, że odłamują sobie coś na pamiątkę. Najczęściej palce. – Lechowi Wałęsie oderwano kiedyś rękę – opowiada Olga Rebrova.
Taka ręka to sporo pieniędzy. Każda figura jest warta około 10 000 dolarów. Nie każdy może sobie pozwolić na zamówienie swojej podobizny. Zresztą i tak petersburskie muzeum samo dobiera sobie modeli. – To musi być zasłużona, sławna osoba, ewentualnie postać historyczna – mówi Olga Rebrova. – Figur nie sprzedajemy, w szczególnych przypadkach możemy je dać w prezencie.

Samotny Casanova
W Warszawie wystawę obejrzało ponad 150 tys. osób. W Trójmieście również cieszyła się dużym zainteresowaniem. Wrocławianie na razie nie dopisują. – Skończyły się wakacje, może ludzie nie mają czasu? – zastanawia się Olga Rebrova.
W zwiedzaniu wystawy nie przeszkadzają tłumy, eksponaty oglądają pojedyńcze osoby. Może dlatego uwielbiającego towarzystwo najsławniejszego kochanka świata Casanovę wystawiono do przedsionka, gdzie może chociaż spoglądać na klientki pobliskiego supermarketu.


Magia wosku
Jak pisze prof. dr hab. Marek Kwiatkowski, kurator wystawy, w swojej „Krótkiej notatce o długiej historii woskowych figur”, wosk w starożytności był uważany za środek łączący dwa światy: żywy i martwy, posiadał właściwości magiczne. Figurki bogów składano w grobach faraonów, używano ich w greckich obrzędach religijnych, w Rzymie powstawały woskowe maski pośmiertne. W średniowieczu wosk służył do wykonywania głów posągów świętych. Znalazł też jednak inne zastosowania. Na przykład chory Karol IV wysyłał do sanktuariów na modły swoje wierne woskowe podobizny, które miały wyręczyć go w modłach o zdrowie. Niewiele później zaczęto wykonywać figury zasłużonych zmarłych, potem słynnych i bogatych żyjących.


Gdzie jest wystawa?
Wystawa o nazwie „Świat w kalejdoskopie, czyli od Adama i Ewy do Clintona i …” została przygotowana przez Muzeum Figur Woskowych „Panopticum” z Petersburga. Ekspozycję można oglądać w namiocie ustawionym obok Centrum Handlowego Korona przy ul. Krzywoustego do 25 listopada w godzinach 10-21. Bilety do nabycia w cenie 5 i 10 zł. W przypadku zorganizowanych wycieczek szkolnych opiekun wchodzi za darmo.


Kogo można zobaczyć?
Na wrocławskiej wystawie można zobaczyć figury woskowe Mojżesza, Leonarda da Vinci, Katarzyny Wielkiej, Piotra I, Adolfa Hitlera, Michała Anioła, Napoleona, Lwa Tołstoja, Władymira Putina, Arystotelesa, Buddy, Lenina, Mao, Fidela Castro, Casanovy, Krzysztofa Kolumba, Heroda, Salomei, Michaiła i Raisy Gorbaczow, Billa Clintona, Moniki Lewinsky („nieznana dziewczynka”), Jana Pawła II, Salwadora Dali, Alberta Einsteina, Charlie Chaplina, Madonny, Marylin Monroe, Adama i Ewy.
Dodatkową atrakcją są trzy inscenizacje: Wielka Trójka (Churchill, Stalin, Roosevelt), Ostatnia Wieczerza, Mumifikacja Faraona.

Autor artykułu: Michał Raińczuk

Drogie żarty

October 9th, 2001

(ZŁOTORYJA) Godzina 15.15, sekretarka banku PKO w Złotoryi odbiera telefon. – Dzień dobry, bank PKP, w czym mogę pomóc? – Dzień dobry – odpowiada kobieta spokojnym, miłym głosem – w banku jest bomba. W tym dniu jeszcze w dwóch bankach odebrano podobne telefony. Dziś policja nie może uwierzyć w to, że fałszywe alarmy bombowe są dziełem kobiety, która… jest bibliotekarką w jednej ze szkół podstawowych w Złotoryi.

Ofiarami fałszywych alarmów bombowych w Złotoryi były banki: PKO, WBK i Zachodni, a także urząd pocztowy w tym mieście. Kobieta, która 17 lipca tego roku robiła bombowe żarty, została właśnie zatrzymana przez złotoryjską policję. 32-letnia Marta Ł. przyznała się do dzwonienia do siedzib banków i urzędu pocztowego grożąc, że są w nich bomby.
Bibliotekarka z jednej ze szkół podstawowych (dyrekcja żadnej ze szkół nie powiedziała, że to ich pracownica została zatrzymana przez policję – przyp. red.) dzwoniła do banków z domu. To dzięki temu policja, która sprawdziła wydruki telefoniczne z banków, trafiła na trop bibliotekarki.
Alicja Kurek z banku PKO w Złotoryi przypuszczała, że kobieta, która 17 lipca br. zadzwoniła do banku z informacją o bombie, telefonowała nie z budki telefonicznej, komórki, ale właśnie z telefonu domowego.
- Nie było słychać żadnych szumów, ani innych odgłosów. Kobieta była bardzo spokojna i – o dziwo – miła. Policjanci pytali mnie, czy był to głos dziewczęcy. Stanowczo zaprzeczyłam, ponieważ byłam przekonana, że rozmawiałam z dojrzałą kobietą. Tego dnia na kilka godzin musieliśmy zamknąć nasz bank. To ja wezwałam policję, która szukała bomby – opowiada Alicja Kurek.
Jak powiedziała kom. Ilona Chodor z policji w Złotoryi, Marta Ł. miała najprawdopodobniej kłopoty finansowe, a telefony do banków z informacją o rzekomych bombach, miały jej pomóc w rozładowaniu stresu.
- Ta informacja zupełnie mnie zaskoczyła. I w Złotoryi i w innych miejscach kraju spotykaliśmy się z fałszywymi telefonami, ale ich autorami byli uczniowie szkół, a nie pracownicy – komentuje Adam Zdaniuk, wiceburmistrz złotoryjskiego samorządu, nadzorującego część szkół. – Jeżeli podejrzenia policji się potwierdzą, to uważam, że ta osoba, postępując tak irracjonalnie, być może chciała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę?
Marcie Ł. grozi kara pozbawienia wolności do lat dwóch.

Autor artykułu: Ewa Szczecińska

Kapitał ze smalcem

October 8th, 2001

(OBORNIKI ŚLĄSKIE powiat TRZEBNICA) – Od dawna planowaliśmy, żeby urodziny były naszym dniem uroczystym, dniem odpoczynku, spędzonym na widowni. Żeby to ktoś wystąpił dla nas – powiedziała Aleksandra Sapkowska, wychowawczyni z obornickiego Domu nad Stawem.

Marzenie się spełniło. Ze specjalnym koncertem dla dzieci wystąpił zespół “Stare Dobre Małżeństwo”. Wojtek Czemplin, Krzysztof Myszkowski, Roman Ziobro i Ryszard Żarowski zatrzymali się w Obornickim Ośrodku Kultury, przygotowując się do występu we Wrocławiu.
- Cieszę się, że udało się nam załatwić taką imprezę na rozpoczęcie nowego wieku, bo to dobrze wróży na przyszłość – dodała “ciocia” Ola.
Dom nad stawem w ten sposób rozpoczynał 22. rok istnienia. Nie było jednak tym razem urodzinowego tortu. Goście, a sala OOK była pełna, zostali poczęstowani chlebem ze smalcem i ogórkiem małosolnym, które konsumowali za pomocą aluminiowych sztućców z lat 70., a które jeszcze kilkanaście lat temu były podstawowym wyposażeniem zakładów zbiorowego żywienia (jeśli wcześniej ich nikt nie wyniósł). To wszystko dlatego – jak wyjaśnił Bogdan Sapkowski, dyrektor domu – że kapitalizm daje się we znaki także dzieciom, a ministrowie chcą im prywatyzować domy.
Rzeczywistość daje się wszystkim we znaki, miejmy jednak nadzieję, że na co dzień w Domu nad Stawem jada się równie smacznie i bardziej zdrowo. Nie wierzmy jednak, że w domu tęskni się za poprzednim ustrojem. Każdy, kto odwiedził obornicką placówkę, widział, ile starań wkłada się tam, żeby zapewnić dzieciom jak najbardziej domowe warunki, jak największą prywatność. Pracownicy wiedzą też, w jaki kapitał trzeba inwestować, skoro tylu wychowanków kończy szkoły średnie, wyższe, a także poświęca się – jak opuszczająca w tym roku mury domu Joasia – pracy naukowej.
Jak co roku nadano także tytuł “Przyjaciela Domu nad Stawem”. Otrzymują go ludzie i firmy, które pomagają, poświęcają swoje pieniądze, swój czas nie dlatego, że im oddadzą, zwrócą, podziękują, ale dla samej powinności, uczciwości, dobra…
Tym razem uhonorowani zostali wszyscy mieszkańcy gminy Oborniki Śl. “w podziękowaniu za okazywaną życzliwość, troskę i pomoc”. W imieniu oborniczan dyplom honorowy odebrał Zdzisław Skorek, przewodniczący Rady Miejskiej.

Autor artykułu: (ANB)

Sukces, czy klęska?

October 8th, 2001

(WROCŁAW) Żużlowcy Atlasa Wrocław zaprzepaścili wczoraj szansę na zdobycie drużynowego mistrzostwa Polski na żużlu. W kończącym sezon meczu, wrocławianie przegrali 42:48 w Toruniu z Apatorem i to właśnie gospodarze zdobyli ligowe złoto. Atlasowi przypadło srebro, ale ciężko nazwać to sukcesem, zważywszy na nakłady jakie poniesiono, by zbudować ten superteam…

Już dwie godziny przed meczem w Toruniu, trybuny stadionu Apatora były zapełnione do ostatniego miejsca. Największą niespodzianką było znalezienie się w składzie Jacka Krzyżaniaka, a nie Roberta Dadosa. Tak jednak zadecydował trener Marek Cieślak po piątkowym treningu jaki wrocławianie odbyli w Gnieźnie.

Pierwsze dwa biegi ułożyły się po myśli wrocławian, którzy po wyścigach wygranych przez Grega Hancocka, a później przez Sebastiana Ułamka prowadzili już 8:4. Szybko do remisu doprowadzili jednak Tomasz Chrzanowski z Wiesławem Jagusiem. Oni właśnie wygrali walkę na łokcie ze Scottem Nichollsem oraz Krzysztofem Słaboniem. W V, bardzo pechowym biegu dla wrocławian, w ferworze walki upadł Ułamek, a za sprawcę kolizji sędzia uznał Krzyżaniaka. Ułamek długo leżał wtedy na torze i wstał co prawda o własnych siłach, ale mocno utykał na lewą nogę. – To była walka na łokcie. Jeśli ktoś miał być w z tego biegu wykluczony, to raczej Wiesiek Jaguś. Walka o tytuł mistrza przestała być uczciwa. To są jaja – powiedział zdenerwowany Krzyżaniak. W powtórce biegu osamotniony Ułamek nie dał rady żadnemu z rywali.

Po raz pierwszy Apator wyszedł na prowadzenie po VII biegu, kiedy Wiesław Jaguś finiszował przez Hancockiem. Do X biegu fatalnie spisywał się Robert Kościecha i kiedy do wspomnianego wyścigu wyjeżdżał na motocyklu Chrzanowskiego, zdenerwowani kibice krzyczęli: – Gdzie jest Mirek? Oczywiście pytali o to, czemu w składzie znalazł się Kościecha, a nie Mirosław Kowalik. Po chwili jednak zamilkli, kiedy to Kościecha zajął 2. miejsce w biegu, przegrywając z Hancockiem, ale pokonując Krzyżaniaka. Ten wyścig był powtarzany, po tym jak za pierwszym razem Krzyżaniak wyraźnie zajechał drogę Jagusiowi i ten ostatni przewrócił się zaledwie kilka metrów po starcie. W powtórce Jaguś bezpardonowo wchodził pod “Krzyżaka”, za co po wyścigu dostał od sędziego upomnienie. Był wtedy remis 30:30.

Jeszcze przed biegami nominowanymi wrocławianie prowadzili 37:35 i byli naprawdę blisko mistrzostwa. Pierwszy z wyścigów nominowanych (XIII) został jednak podwójnie wygrany przez gospodarzy. Za pierwszym razem został przerwany, po tym jak Krzyżaniak upadł na 1. łuku i po raz drugi w zawodach został wykluczony. W powtórce biegu Robert Sawina nie poradził sobie z żadnym z rywali i Apator wyszedł na prowadzenie 40:38. W XIV gonitwie po raz kolejny z czwartego toru zwyciężył Nicholls, ale dopiero w powtórce, gdyż pierwotnie upadł. Sprawcą kolizji wydawał się być Andreas Jonsson, który zostawił Anglikowi niewiele miejsca pod siatką, jednak sędzia nikogo nie wykluczył. Przed ostatnim biegiem, wrocławianie przegrywali 43:41 i kontrolujący przebieg zawodów z płyty boiska trener WTS-u Marek Cieślak przeżegnał się. Na nic jednak się to zdało, bo ostatecznie zwyciężył Tony Rickardsson, przed Jagusiem, który odpierał szaleńcze ataki Hancocka. Kontuzjowany Ułamek w tej stawce się nie liczył…
- Jestem przesądny. Już raz w 1996 roku jechałem do Torunia z Włókniarzem Częstochowa i wróciłem ze złotymi medalami. Wierzę, że tym razem będzie tak samo – mówił przed meczem trener Cieślak. – Ja nie jestem przesądny, bo to nie po chrześcijańsku. Chciałem, żeby złoto trafiło do Torunia. Wrocław, wszak to potęga i sobie poradzi – powiedział nam kapelan toruńskich żużlowców, ks. Piotr Prusakiewicz.

Autor artykułu: (red)

Górnik w pieluchach

October 8th, 2001

(POLKOWICE) Piłkarze Górnika w niczym nie przypominają walczącego zespołu z poprzedniego sezonu. – W pierwszej części nie widzieliśmy drużyny Górnika, lecz gromadkę dzieciaków ubranych w pampersy. Nie wiem z czego wynikał strach przed Orlenem – podsumował występ swoich podopiecznych trener Górnika, Romuald Szukiełowicz. Polkowiczanie przegrali u siebie z Orlenem Płock 0:1.

- Przyjechałem po trzy punkty i wyjeżdżam z trzema punktami – triumfował szef Orlenu, były wiceprezes Górnika, Andrzej Pilimon. – Dwa elementy zadecydowały o naszym triumfie. W czwartek udostępniłem Sebkowi Mili swoje mieszkanie w Płocku, a dzisiaj rano poszedłem po raz pierwszy od dość dawna do kościoła w Polkowicach – dodał Pilimon.
“Nafciarze” do meczu przygotowali się od piątku w podgłogowskiej “Leśnej Dolinie”. I wyszło im to na dobre. Od pierwszego gwizdka, kontrolowali przebieg boiskowych wydarzeń. Polkowiczanie mieli wielkie problemy z przeprowadzeniem akcji pod bramką rywali. W 44 minucie lewą strona boiska przedarł się Mila, który pięknie dośrodkował w pole karne. Piłka właściwie spadła na głowę Radosława Sobolewskiego, który pokonał rozpaczliwie interweniującego Jacka Banaszyńskiego.
Po przerwie polkowiczanie zagrali odważniej. Próbowali strzelać z dystansu – Tomasz Salamoński, Rafał Majka i Marcin Kruszelnicki. Orlen jednak spokojnie odpierał. Od 60 minuty tempo meczu wyraźnie już opadło i wynik nie uległ już zmianie.
Orlen wywiózł punkty z Dolnego Śląska, a być może także zawodników. Na testach w Płocku przebywali ostatnio Dominik Szostak z Łużyc Lubań i Marcin Morawski z Włókniarza Mirsk.

Autor artykułu: Zbigniew Jakubowski